" /> » Dlaczego cheat meal to największa głupota, jaką możesz zrobić Plant Punch | sport – żywienie – lifestyle
cheat meal cover

Dlaczego cheat meal to największa głupota, jaką możesz zrobić

Spodobał Ci sie wpis? Udostępnij go znajomym.
0 Flares Filament.io 0 Flares ×

[ Disclaimer: Uwaga! Wpis zawiera uogólnienia i uproszczenia, które mają wskazać na pewien istniejący problem. Adresatem tekstu jest przede wszystkim pewien typ osób starających się w bardzo niezdrowy psychicznie i fizycznie sposób schudnąć. Zanim zaczniesz się ze mną kłócić – przeczytaj tekst do końca. ]

Wchodzisz na dietę. Marzysz o tym, żeby wreszcie zrzucić te 6 nadprogramowych kilogramów, które uzbierały się przez ostatni rok. Zamawiasz rozpiskę u dietetyka,  wykupujesz catering albo kombinujesz z przepisami z kolorowych gazet i portali fitnessowych. Obcinasz kalorie i głodzisz się. Cały tydzień wyrzeczeń, jedzenia wafli ryżowych, pieczywa chrupkiego i mikroskopijnych ilości tego, co zmieści się w 1 500 kalorii. Do tego oczywiście treningi 3 razy w tygodniu albo nawet i częściej. Jedyne o czym myślisz przez cały ten czas to weekend. W sobotę możesz wreszcie odpiąć wrotki i zaszaleć. Trzy kawałki ciasta, dwa batony, paczka chipsów, pizza XXL na potrójnym serze ze wszystkimi dodatkami, które ma do zaoferowania pizzeria. Wszystko podlane 3 butelkami coli albo sprite’a. W niedziele jeszcze obiad u babci czy tez u mamy, więc odbijesz sobie całe tygodniowe cierpienie. Od poniedziałku znowu musisz zacząć się głodzić, trzeba nazbierać przez weekend tyle, ile tylko się da.

Krok do przodu. Dwa kroki w tył. I tak w kółko. Dwa tygodnie. Czasem miesiąc. Potem poddajesz się, zaliczasz doła i zaczynasz zajadać smutki. Za jakieś dwa-trzy miesiące znajdziesz kolejną dietę cud. Dieta Atkinsa, dieta chrystusowa, dieta Kwaśniewskiego, dieta księżycowa, dieta Duncana, dieta kopenhaska. Efekty już po 7 dniach! W dwa tygodnie schudniesz 10 kilo! Oby tylko w weekend można było zrobić sobie cheat meal albo cały cheat day. A jeśli nie można, to zaczekasz do końca tej chorej głodówki i znowu zaczniesz się objadać byle czym.

Znacie kogoś takiego? A może sami byliście w takiej sytuacji? Żaden wstyd! Trudno przecież wytrzymać presję społeczeństwa, kiedy na każdym kroku gazety, bilbordy, zgrabne kobiety i umięśnieni mężczyźni na reklamach krzyczą do Was, że musicie ważyć co najmniej pięć kilo mniej… 

Więcej o błędnym podejściu do zdrowia, ruchu i higieny codziennej pisałem w innym wpisie – tutaj. Dziś chcę Wam wytłumaczyć, dlaczego moda na cheat meal i cheat day to największa głupota, jaką możecie zrobić podczas diety lub cyklu treningowego.

Żebyście lepiej wczuli się w klimat, podrzucam kilka najbardziej idiotycznych memów:

cheatmeal-meme6 cheatmeal-meme7 cheatmeal-meme8 cheatmeal-meme9 cheatmeal-meme10 cheatmeal-meme1 cheatmeal-meme2 cheatmeal-meme3 cheatmeal-meme4 cheatmeal-meme5

Zacznijmy od tego, że dieta nie powinna oznaczać postu i głodzenia się; dieta, w potocznym znaczeniu, nie może kojarzyć się z restrykcją, reżimem i ograniczaniem się; dieta to nauka nowych, lepszych i zdrowszych nawyków żywieniowych – zamiana tych starych przyzwyczajeń na stałe, a nie na dwa tygodnie czy na miesiąc. Istnieją oczywiście przypadki zaawansowanej otyłości, w których koniecznością staje się znaczna redukcja objętości przyjmowanego pożywienia i dziennej kaloryczności. Są to jednak sytuacje raczej ekstremalne.

Dlaczego przez cały tydzień trzeba jeść pieczywo chrupkie z plastrem pomidora po to, żeby w weekend najeść się sernikiem albo kubłem lodów? To nie jest zdrowe, higieniczne odżywianie się. Takie podejście to nieustanne, podskórne wmawianie sobie, że jedyne rozwiązane to zmuszanie się do niesmacznego, bezpłciowego jedzenia „dietetycznego”. Nie jest to dobre ani dla ciała, ani dla mózgu. Przez całą dietę męczysz się, modlisz się o koniec, czekasz aż w końcu będzie można zjeść coś „normalnego”. To ślepa uliczka.

Masz ochotę na lody? Spróbuj zrobić lody z bananów (przepis!)Chcesz zjeść pizzę? Upiecz sobie własną (przepis!) – bez tych wszystkich tłustych i wątpliwej jakości dodatków. Chodzi za Tobą sernik? Spróbuj sernika z kaszy jaglanej (przepis!) albo z tofu (przepis!) Nie możesz przekonać się do sałatek? Zrób na szybko domowy sos, który znacznie wzbogaci jej smak (przepis!). Tylko nie kupuj tego syfu w stylu sosu tysiąca wysp z syropem glukozowo-fruktozowym, bo tylko będziesz dalej się oszukiwać, że jesz coś dobrego i zdrowego. Masz ochotę na coś słodkiego? Zjedz parę suszonych fig albo daktyli. Możesz też przygotować swoje własne batony energetyczne (przepis!). Nie lubisz zieleniny? Przygotuj sobie koktajl owocowo-warzywny (przepis!) – nawet nie poczujesz w nim smaku szpinaku czy jarmużu, jeśli odpowiednio dobierzesz proporcje. Mogę tak jeszcze długo wymieniać…

Chodzi mi o to, żebyś dał / dała swojemu ciału i swojemu mózgowi szansę. Niech nauczą się tego, że smaczne jedzenie nie musi równać się obleśnemu, tłustemu hamburgerowi ze zmielonych odpadów mięsnych, jelita, rogów i oczu z plastikową sałatą, nadmuchaną białą bułą i obciekającymi olejem frytkami. Zdrowe jedzenie, które wpłynie pozytywnie na Twoje ciało, i Twoje samopoczucie może być i – po prostu jest – bardzo smaczne i proste w przygotowaniu. Wystarczy tylko odrobinę wyjść poza swoją strefą komfortu i nauczyć się paru rzeczy, poznać kilka nowych przepisów i chcieć coś zmienić bez pójścia na łatwiznę.

Nie zrozumcie mnie źle. Chcę powiedzieć, że nie trzeba codziennie jeść ryżu z kurczakiem i kurczaka z ryżem (w przypadku diety wszystkożernej), żeby dobrze wyglądać i mieć szczupłą sylwetkę. Nie trzeba też zajadać się samą sałatą przez cały dzień. Zdrowe jedzenie nie musi być niesmaczne i monotonne. Takie męczenie się na diecie i podświadome wyczekiwanie na jej koniec albo na możliwość zjedzenia „oszukanego posiłku” do niczego nie prowadzi. Dieta powinna skutkować nie tylko redukcją tkanki tłuszczowej czy przyrostem masy mięśniowej, przede wszystkim powinna sprawić, że nasze nawyki żywieniowe zmienią się na lepsze – i to na stałe, a nie do momentu zejścia do wymarzonej wagi, bo te zrzucone kilogramy wcześniej czy później wrócą.

Pamiętajcie – jeśli ktoś proponuje Wam drogę na skróty i obiecuję Wam, że w dwa tygodnie w magiczny sposób ujmie Wam 10 kilogramów, nie wierzcie tej osobie. W przypadku zdrowia ciała i umysłu – niezależnie czy mówimy o treningu czy o planie żywieniowym – nie ma dróg na skróty, nie oznacza to jednak, że droga, którą trzeba obrać jest nieprzyjemna.

Interesują Cię wpisy o podobnej tematyce? Przeczytaj w takim razie inne teksty z bloga…

Po co komu fitness? Albo dlaczego jesteśmy jak samochody

po co komu fitness

8 codziennych nawyków, które pozwolą utrzymać Ci dobrą formę

rower1

Jak jeść więcej, częściej i chudnąć

centymetr

6 prostych zasad, które pozwolą utrzymać Ci niski poziom tkanki tłuszczowej

abs

 

Spodobał Ci sie wpis? Udostępnij go znajomym.
  • Patrycja

    Uwielbiam Twoje podejście. To jest tak proste, tak oczywiste, tylko dlaczego dalej tak wiele osób tego nie rozumie? Polecam domowe lody z banana (zamrożonego) i mango (schłodzonego w lodówce)

    • PlantPunch

      Niestety, zbyt dużo „autorytetów fitnessowych” głosi w internecie różne głupoty, które ludzie podłapują… Dlatego trzeba z tym walczyć! 🙂

  • Blue Raven

    Ponoć organizm potrzebuje 21 dni na wyrobienie nawyku. Jeśli rozbijemy ten okres przez „cheat meal” (swoją drogą, na grupie FB przeczytałam to jako „cheat meat” i weszłam zrobić scenę:P ), to właściwie za każdym razem zaczynamy od nowa. Nietrudno o zniechęcenie.

    • PlantPunch

      A po zniechęceniu często przychodzi pora na różne herbatki odchudzające, tabletki pomagające metabolizować tłuszcz i inne syfy…

  • ja ogólnie jestem za „cheat mealem”, ale w wersji jeden posiłek, np. kawałek ciasta, dwa kawałki pizzy, jeden burger, nie że cały dzień wpieprzania (oprócz świąt :P). Ale od kiedy jestem wege (pół roku) zupełnie nie czuję potrzeby cheatowania, bo mam wrażenie że zweganizowane cheatowe posiłki są i tak na tyle zdrowe, że jak się zje dwa-trzy razy w tygodniu nic się nikomu nie stanie. Np. pieczone fryty, pizza roślinna, tosty z serem violife.
    czyli w sumie dokładnie tak jak napisałeś 🙂

    • PlantPunch

      haha, dokładnie tak! 🙂 pieczone ziemniaki bez oleju to samo zdrowie 🙂

  • Pingback: » 12 błędów, przez które nie możesz schudnąć Plant Punch | Sportowiec trenujący kalistenikę i sztuki walki. Trener propagujący zdrowy styl życia, dietę roślinną, szacunek do środowiska i innych istot. Człowiek, który chciałby zmien()

  • Dareios soieraD

    Zacznijmy od tego, że w części się z Tobą zgadzam, a w części nie. Zgadzam się co do krytyki różnych cudacznych diet, które najpierw odchudzały, teraz już leczą, a niedługo będą pralki naprawiać. Jestem zdania, że obecnie w „obiegowej dietetyce” jest największe natężenie pseudonauki, a przerażenie budzi zainteresowanie ze strony – często wykształconych – ludzi.

    Jednocześnie nie zgadzam się z Twoim pojmowaniem diety, nawyków i samego cheat meala czy cheat daya. Piszesz, że dobra dieta może być smaczna i zdrowa i wcale nie musi być monotonna, a jako zamienniki cheat meala proponujesz domową pizzę, sernik z kaszy jaglanej czy lody z bananów. Ale czy to nie jest cheat meal? Co to jest w ogóle dieta? Dieta to dla mnie pewien przemyślany, ułożony plan żywieniowy, podzielony na posiłki z obliczoną ilością kalorii, białek, węgli i tłuszczu, a nie sama idea healthy, fit czy tam jakieś eko. Jeżeli zjem cokolwiek innego niż zaplanowałem, o innych wartościach odżywczych, to jest to odstępstwo od diety i nie rozumiem po co sobie wmawiać, że jak dostarczę 100g węgli z sernika czy pizzy zamiast planowanych 40g białka z piersi kurczaka to nie jest to cheat meal. Oczywiście można tak skomponować dzień aby pozostać w założonych kaloriach i makroskładnikach, ale to by się wiązało z przeprojektowaniem całego dziennego planu posiłków na co nie każdy ma czas jak również umiejętności.

    Piszesz, że jak ktoś ma ochotę na coś słodkiego to może zjeść suszone figi albo daktyle – bez obrazy, ale naprawdę wydaje Ci się, że jak za kimś chodzi czekolada albo pączek to wystarczą mu daktyle? Podałeś przepis na „pizzę” – po raz kolejny bez urazy, wierzę że to może być smaczne, ale to jest zapiekanka warzywna, a nie pizza. Nie chcę deprecjonować Twojego przepisu, chodzi mi o to że jak ktoś ma ochotę na pizzę to Twoje danie będzie jedynie substytutem

    Napisałeś także dość karkołomne, acz znamienne zdanie „smaczne jedzenie nie musi równać się obleśnemu, tłustemu hamburgerowi”. Ja tu widzę pewną sprzeczność, bo jak coś może być smaczne i obleśne zarazem? Czy jakby hamburger był obleśny to ludzie by go jedli? Jak w ogóle zdefiniować „smaczne jedzenie” jeżeli poruszamy się w obszarze subiektywnych odczuć? Musimy się odnieść do gustu większości. Jeżeli więc większość ludzi jada takie rzeczy to znaczy że to lubią, a dieta oznacza dla nich rezygnację z jedzenia tego co lubią – dlatego właśnie robią cheat meal/day. Nie wiem jak mają się do tego nawyki – nie sądzę aby dało się sobie wytłumaczyć co ma nam smakować a co nie. To tak jak z wszelkim innym gustem, jak ktoś słucha disco polo to nie da sobie wytłumaczyć że nie może mu się to podobać i nagle przesiądzie się na Mozarta, bo to pozostaje poza naszym logicznym wyborem. Oczywiście można się zmuszać i udawać, ale to nie oznacza zmiany upodobań.

    Co do urozmaicenia diety – też nie każdy może sobie na to pozwolić ze względu na czas i koszty. Wiadomo, można jeść w ciągu dnia pierś z kurczaka, indyka, wołowinę, rybę i jajka, ziemniaki, ryż, kaszę i makaron, ale to się wiąże z przygotowaniem każdego posiłku osobno, co zajmuje sporo czasu w kuchni. Jeżeli ktoś nie jest fit gwiazdeczką z youtube która zarabia gotowaniem i jedzeniem przed kamerą, a pracuje, trenuje i zazwyczaj ma jeszcze jakieś inne obowiązki to będzie szukał uproszczeń, bo po pracy, po treningu i zrobieniu prania nie będzie mu się chciało stać następne 2 godziny przy garach po to aby zrobić 5 różnych posiłków. Ja z tego względu gotuję hurtem – przygotowuję mięso na 2 dni do przodu co mi zajmuje jakieś 30 minut. Moja dieta przez to jest dość monotonna, ale doba ma tylko 24 godziny, pracuję, trenuję obecnie 5 razy w tygodniu i mam też inne zajęcia. Koszt nie jest bez znaczenia – jeżeli w miesiącu jem około 30kg mięsa to dla mnie jest odczuwalną różnicą czy kilogram mięsa kosztuje 13-15 zł (pierś kurczaka) czy 40 zł (wołowina).

    Pozostaje też kwestia deficytu kalorycznego w przypadku diet redukcyjnych. Jeżeli ciężko trenujemy, a jemy mniej niż potrzebujemy, obcinamy węgle to z czasem robimy się po prostu głodni i nie mam tu na myśli głodzenia się. Dieta redukcyjna to jest kontrolowane niedożywienie, ale to też wpływa na psychikę, zwłaszcza jak trwa miesiącami.

    Z powyższych powodów, a więc mój gust kulinarny, względna monotonia diety, robię nie cheat meal, ani nawet cheat day, a cheat weekend. Trzymam dość skrupulatnie dietę 5 dni w tygodniu, w weekendy „odpinam wrotki”, chociaż też bez jakiejś ekstremalnej przesady. Paczka chipsów, 2-3 pączki i domowe obiady, piwo (jestem piwowarem domowym), generalnie wszystko to na co mam ochotę, bez jedzenia na zapas. Efekty? 18 października ważyłem 91,7kg, dzisiaj 84,8 kg. Zaplanowałem dietę pod te weekendy, one pozwalają mi zjeść to co lubię i odpocząć psychicznie od ważenia wszystkiego i jedzenia z zegarkiem w ręku. Więc nie jest powiedziane, że te cheat meale, daye czy nawet w moim przypadku weekendy to są dwa kroki w tył. To wszystko zależy od tego na ile dobrze wiemy co robimy i na ile poznaliśmy swój organizm.

  • grumbrum

    ja uważam że cheat meal jest dopuszczalny ale w granicach rozsądku. zobaczcie sobie najlepiej co można a czego nie tutaj http://www.sfd.pl/Cheat_Day/Cheat_Meal__Redukcja.-t937537.html 🙂

  • Ylva_Fraskogen

    Kiedyś byłam na diecie Ferrissa zawierającej cheat day. On motywował to tym, że po pierwsze: nie czujesz że ci czegoś brakuje (przez cały tydzień jeśli masz na coś ochotę, zapisujesz w notatniku i jesz to w cheat day – ta obietnica pomaga też uporać się z pragnieniem więc motywuje), a po drugie mobilizujesz metabolizm. Mi jednak cheat day dał coś pomiędzy tym co piszesz, a tym co on.
    Otóż pozwolił mi sobie dogłębnie uświadomić to co napisałeś o zdrowej diecie. Pomógł, nie zaszkodził, był cenną lekcją. Ponieważ po cheat mealach czułam się FATALNIE. Jadłam sobie jakąś określoną dietę i jako osoba która zaczęła przygodę z eksperymentowaniem z jedzeniem – tęskniłam za starym. Ale kiedyś jedzenie było okraszone dużą porcją wyrzutów sumienia. Wtedy? Nie! To było super, że mogłam bez psychicznej zależności po prostu nażreć się ile chciałam. Nagle okazało się, że to nie było takie fajne – czułam się ociężała, trawiłam to z 2 dni, a posiłki wcale nie były tego warte. Ta fascynacja przeszła po 3-4 razach i już nie potrzebowałam, nie tęskniłam – ale też oczyściłam się psychicznie z pytania „ale jakby to było, gdybym mogła?”, bo już wiedziałam.
    Potem przeszłam na weganizm i to była czysta przyjemność. Nie jem już syfu, raz na jakiś czas czipsy do filmu. Po prostu mi nie smakuje. Batonik z cukrem? Jak papier. Mięso? Jak zgnilizna. Nabiał? Trąci cycem i jest ciężki. Tłuste jedzenie? Niedobrze mi na samą myśl. Ta cała przygoda pozwoliła mi nawiązać szczególną więź ze swoim ciałem, nauczyć się z nim rozmawiać. Oddzielać fałszywe przekonania wpojone w dzieciństwie od rzeczywistych pragnień moich wnętrzności. I nauczyła mnie przede wszystkim, że preferencje żywieniowe zależą od przyzwyczajeń i emocjonalnej otoczki, ewentualnie od chemii organizmu – nigdy nie są znikąd, przydzielane losowo, więc można nad nimi pracować.
    Nie jestem zwolenniczką zmuszania się do zdrowego jedzenia ale wiem też, że jeśli ktoś cały czas ładuje puste węglowodany, cukier, niezdrowy tłuszcz, to jego organizm będzie się tego domagał i siłą rzeczy jedzenie nawet „smacznych” zdrowych rzeczy będzie zostawiało niedosyt ze względu na brak wyrzutu dopaminy, tego się nie da oszukać podrabianym snickersem. Zdrowe jedzenie po prostu zostawia inne uczucie w organizmie i to do niego trzeba się przyzwyczaić. Wg mnie potrzebna jest tutaj ogromna doza empatii do samego siebie i praca nie w kuchni i na talerzu, ale w głowie. To, co mi pomogło najbardziej w zmianie nawyków to uważne jedzenie i myślenie o tym skąd biorą się moje żywieniowe przekonania, nie wsuwanie batoników z chia.

  • Wiadomo, że dieta to świadome jedzenie tego, co jest dobre dla nas i naszego organizmu. Jednak wyjście raz na jakiś czas z kumplami na piwko czy pizze w ramach mojego cheat meala, uważam za potrzebne. Człowiek odpoczywa psychicznie i potem kolejnego dnia ma więcej energii do działania. Sprawdź co sam napisałem o cheat mealach na swoim blogu. http://blog.ozonee.pl/cheat-meal-czy-cheat-day-na-diecie-lepsze-co-sprawdz-co-sadzi-jan-dratwicki/
    Jestem ciekawy czy się ze mną.
    Pozdrawiam

  • Moim zdaniem cheaty meale są tylko dla osób z niskim poziom tłuszczu którzy mają już jakieś pojęcie o kaloriach, makroskładnikach itd. Dla większości początkujących w odchudzaniu mogą one przynieść więcej szkody niż pożytku.https://kowalskimaciej.pl/cheat-meal-na-redukcji-czy-warto-stosowac

Copyright © 2013 - 2019 Plant Punch Design: sixbox.es | Hosted by: zenbox